Menu pionowe

Szukaj

Kategorie

Tour de Alps

Wszystko zaczęło się od żartu (chyba) Oli na InterCampie, że weszła by na Blancka.
Później wysypał mi się jeden ze sponsorów na planowaną wyprawę w
Tien Szan i zostałem z niewielkimi funduszami.
Już miałem rezygnować, ale nagle znajomy chciał odstąpić mi swój bilet do
Kirgistanu, ale znów dał o sobie znać czarny rok. Tym razem zabrał Artura, moim zdaniem samotna wyprawa w Tien Szan była by błędem. Także zostałem w Europie. Przypomniała mi się „propozycja” Oli Skrobol.

 

Tak zacząłem czytać i szperać w Internecie, aż natknąłem się na relację, gdzie chłopaki zrobili taką małą przejażdżkę przez Alpy zahaczając przez 6 albo 7 najwyższych szczytów w swoich pasmach. W sumie oni mieli auto mogli sobie pozwolić na takie coś. Ja bez auta wybrałem stopa. Bo to tańsze i ekologiczne.

 

Wybrałem dwa z trzech szczytów z myślą o BeBe czyli Grossglockner oraz Marmoladę, a trzeci najwyższy szczyt europy zachodniej, czyli Mont Blanc, bo w sumie od niego się zrodziła idea wyjazdu.

 

Według ustnych relacji Oli, wydawało mi się, że ona ogarnia wyjazd z Wiednia, dlatego nic nie przygotowywałem. Przecież już była w tym mieście stopem. Kiedy byliśmy na miejscu okazało się to „bujdą”, stanęliśmy na autostradzie i zaczęliśmy łapać… Co nie dziwota nikt się nie zatrzymał. :)

 

Później jak wjechałem do Wiednia, z drugiej strony stanie i stopowanie było by banalnie proste, ale nic to!

Ze złego miejsca przegoniła nas policja strasząc mandatem.

 

No i wyjechaliśmy na stacje OBB czyli ichniego PKP i za parę € kupiliśmy bilety do miasta Villach. (jak dobrze pamiętam).
Później okazało się, że następny pociąg do
Leinz czeka na nas, ponieważ poprzedni pociąg jest opóźniony. No to myk do niego. W Leinz troszkę spacerku, zauważyłem, że ludzie z miejscowości turystycznych Leinz, Milano, Częstochowa są bez kultury i ogłady, pytani o drogę od razu uciekają, albo udają, że Cie nie słyszą. Trochę to słabe.

 

No i zaczęliśmy łapać stopa w tej miejscowości. Ola już zaczęła szukać połączeń autobusowych. Ale udało się nam.
Złapaliśmy dwójkę, w dwóch samochodach. Jechali zostawić jedno auto pod zejściem ze swojego szlaku. No i nas zabrali do samego
Suttehause, czyli tam gdzie zaczyna się podejście pod Glocka. Tam zjedliśmy zupę dnia – pomarańczowo-marchewkowy krem. To tylko taka woda, więc  trzeba było poprosić o chleb ;) , a tak na poważnie, to polecam każdemu. Pychota!! Po pychotkowym jedzeniu wyruszyliśmy w górę, tak nie za wysoko, do Chatki po drodze, a przed wyjściem na szlak właściwy. Tam przekimaliśmy noc. A nazajutrz wyruszyliśmy do Erzherzog Johann Hutte, na froncie przywalony wielkim plecorem troszkę się ociągałem, ale dałem radę. Do Stüdlhütte (schronisko wcześniej) doszliśmy w przyzwoitym tempie. Mnie co krok, przypominała się wyprawa z moją najlepszą Partnerką wspinaczkową. Gdy wyszliśmy za skałę, zobaczyłem początek lodowca, co dla moich butów nie było zbyt radosne (na sobie miałem podejściówki) oraz punkt, gdzie doszedłem w kwietniu 2010. W tedy brakowało mi, ażeby wskoczyć na „górę” tylko parę metrów, ale co później… Dobrze, że wróciłem. W sumie wtedy mieliśmy małe szansę na zdobycie, zwłaszcza że logistycznie nie byliśmy odpowiednio przygotowani.
Zmierzyliśmy się z pierwszym lodowcem i Ferrata, (zimą trochę niżej próbowaliśmy podejść, ale nie gotowi na noc) Do Ferraty Ola przodowała i była szybsza. Na Ferratach rolę się zamieniły. Na jej końcu zapytałem Niemców „Where is grirl…” oni na to 5 min. Okej. Po 5minutach zobaczyłem Polaków i ich także o to samo spytałem, oni na to – 5 minut za nami, idzie pewnie, ale wolno. Także postanowiłem troszkę zejść do niej. Ola była na początku Ferraty i siedziała. No to potowarzyszyłem jej w drodze i mam nadzieje trochę psychicznie wsparłem.
Doszliśmy do mojego plecaka, a od niego 5 min i schronisko.
Tam sobie dłuższą chwilę posiedzieliśmy. Po jakimś czasie poszedłem szukać miejsca na namiot. Nie znalazłem takiego, który był by idealny, także Ola chciała spać w schronie, takoj zapłaciłem 14€ i spałem w
Erzherzog Johann Hutte. Rano wstaliśmy przed wchodem słońca, ale Ola się ociągała. Jakby była na wakacjach (i tu się zastanawiam czy byliśmy w górach, czy na wakacjach) ;). No i byliśmy na ganku jeszcze przed wschodem, ale zanim się ogarnęliśmy, to już słoneczko było wysoko! No i szliśmy dalej, na szczyt. Po przejściu lodowca spotkaliśmy Polaków, z którymi się połączyliśmy i stworzyliśmy „szybką”  czwórkę. Szybka, to ona była tylko z nazwy, co chwilę staliśmy w jakiś korku za tak zwanym „tramwajem”. Ni to wyprzedzić, ponieważ ludzie związani linami, ni to obejść, bo nie ma jak, za mało miejsca. Po dłuuugim czasie oczekiwania, doszliśmy do szczytu, na którym także czekaliśmy. Zrobiliśmy foty. Dla 1%, Grivela, Urzędu Miasta i Starostwa Powiatowego (co wyjazd lista się wydłuża). Najważniejsze – później wyciągnąłem foto dwóch Sierotek – one też były na szczycie! I po dłuższym czasie schodzimy, znów „szybką” czwórką. Przed zejściem zgadaliśmy się z Bożenką i jakimś chłopcem, że z dołu pojedziemy na Marmoladę. Ale później szybko czmychnęli i tyle było z podwózki. Podczas zejścia już wyprzedzaliśmy, ale zatrzymaliśmy się na grupie 4 Austriaków, 3 Guidów sprowadzało jednego półtomnego człowieka. No i znów stanie i czekanie. Po jakimś czasie był już lodowiec. Bierzemy nasze raki, które zostawiliśmy na kamieniu przy lodowcu i myk, na dół. W schronisku szybko się ogarniamy spakowaliśmy i ogarnęliśmy (szybko- ino z nazwy) i wio na dół. Doszliśmy do Studla, tam krótki postój. Wio dalej. Przy stacji początkowej kolejki linowej do Studla, gdzie w 2010 spaliśmy, zatrzymałem się i czekałem na Olę. Ni stąd, ni zowąd zebrała się grupka ludzi przy tej stacji i się wielce radowali. Doszła Ola, a tu nagle było słychać trąbkę. Rozejrzeliśmy się i zobaczyliśmy, że w kolejce jedzie trębacz  i trąbi. Na dole wśród ludzi wywołuje to entuzjazm i radość. Bawią się w najlepsze, a my schodzimy do naszego depozytu, a tam…
małe przemeblowanie! Nasze rzeczy w zupełnie innych miejscach niż je zostawiliśmy, ale wszystko jest. Po prostu skończyli tam remont, a  nasze rzeczy jakby nigdy nic odłożyli na bok. Spakowaliśmy się i wio na dół. Przy
Lucknerhaus złapaliśmy stopa, który nas zawiózł do Kalms, tam próbujemy próbowaliśmy coś złapać i nic. Poszedłem poszukać miejsca na namiot, a tu nagle kieszeń zaczęła mi wibrować i tel. od Oli, że ma stopa. No to biegiem (fajnie się biega w górę, za raz po zejściu z niej). Dobiegłem tam „No Problem Girl” nas zabrała do Lienz, a tam poszliśmy na kemping. Ale okazało się, że do niego jest 5 km, a jakoś nie mamy chęci tyle chodzić. No to zacząłem szukać miejsca. Znalazłem dwa, jedno nad rzeczką, opodal krzaczka – trochę widoczne i głośne oraz drugie, tuż za kortami tenisowymi – oddalone od ludzi i znów za krzaczkiem. No to wybraliśmy to, za kortem tenisowym. Rozstawimy po raz pierwszy namiot, dostałem opery za to, że ma zły kolor, bo żółty, a nie zielony i poszliśmy spać.
A rano…

 

Wstajemy i ogarniamy się około 6.
Pierwszy stop zabrał nas do Italii, ale przez „roztropność” Oli został w nim mój notes. Kupiłem go w Niemieckim supermarkecie, ale jego wartość była w środku. Spisywałem tam myśli i wszystko. Piszę tak co wyprawę i spisuję to dla Luś. Ja myślałem co robić, biłem się z myślami, napisałem do Luś i czekałem na odpowiedź. O 8:42 postanowiłem odejść (mam jakiś sentyment do 42 ;) ) przed tym poszedłem po jakieś kartki do sklepu rowerowego na przeciw. 41 po wraca Ola i w milczeniu przeszliśmy na drogę w stronę
Cortiny d’ampezzo. Ja, patrząc na to, jak w tym kraju traktowani są kolaże, zacząłem myśleć o przeprowadzce. Zabrał nas miły Włoch, prosto doCortiny. W Cortinie złapaliśmy parę wspinaczy i byłem zniesmaczony damskimi pod pachowymi włosami… Ale nic to. Państwo trochę się zagubili i wysadzili nas na zakręcie gdzie przez 4h nic nie mogliśmy złapać. Po długich, nieskutecznych łapaniach, bryknęliśmy piechotą na „wieś”. Stanęliśmy paręset metrów obok, na dużym parkingu/podjeździe. Po chwili złapaliśmy Włocha, który nie znał ani słowa po angielsku, ino mówił do nas po Italiańsku. Wysadził nas w idealnym miejscu na wyjście na szlak. My o tym nie wiedzieliśmy i szukaliśmy jak można tu wyjść. Po pewnym czasie Ola rozmawiała z Hiszpanem, który jej mówi co i jak. Pozwolił również zostawić w składziku na drewno rzeczy, no to znów przepakowanie. Ale po chwili wyruszyliśmy w górę.
Wyżej dostałem opery, że czekam na Olę, od niej samej ;). Umówiliśmy się „na górze”, czyli w schronisku, no to bryknąłem tam bez większego wysiłku. Oppa! Pojawiła się Ola, coś zjedliśmy i zaczęliśmy kminienie o noclegu. Moja koleżanka wybrała nocleg w schronisku za 20€, ja wybrałem chodzenie po okolicy i szukanie miejsca. Znalazłem znakomite! Za schroniskiem był bojler, a on był na polu, za czarodziejską ścianą. Także ciepła i przyjemna noc. A jeszcze przed snem dowiedziałem się, iż moja kompanka „musi” wrócić do Polski. I już ma ogarnięty samolot z Bergamo, także chętnie się ze mną uda do Milanu, ale później musi uciekać do Polszy. No cóż, życie.
Umówiliśmy się na spotkanie przed 6:00, a ono nastąpiło po 45 min.
No i około 7. wyszliśmy na szczyt. Na froncie podchodzenie było takie ni jakie, fajnie się szło tą doliną, ale nudo. Co chwile zerkałem na Olę czy idzie i gdzie jest, jak była za daleko, to czekałem – taki normalny odruch. Ale po czasie Ola stwierdziła, że lepiej będzie jak poczekam przed Ferratą. Okej! No to bryk bryk, przed Ferattą spotkałem
Roberto, chwilę pogadałem i spytałem czy może nie jedzie do Milanu. On na to mi odpowiedział, że jedzie ino jutro. Super, tylko muszę przedyskutować z moją koleżanką – bo wychowano mnie w demokracji. No i poszedł. A ja poczekałem, ubrałem się i czekałem. Pojawiła się Aleksandra, no to myk myk i na górę.
Wyżej także czekałem, przepuszczałem jakiś germańskojęzycznych ludzi. Po chwili ukazała się Ola, która jak wcześniej napisałem lubiła nowoczesny typ wspinaczki, oznajmiając że spotkamy się na szczycie. Ja nie chciałem się kłócić i uciekłem wyżej. Na szczycie (3343 m n.p.m.) okazało się, że czeka mnie 45 minut czekania (albo i więcej) ;). Spotkałem znów
Roberto, pogadaliśmy trochę i dostałem jabłko. :) Przyszła Ola, zrobiliśmy fotki, napiliśmy się szampana, od włoskich wesołków. Zrobiłem zdjęcie ptaka, specjalnie dla Oli Dzik . No i wio na dół. Jak zawszę na dół mi słabo idzie… Ale jako wytłumaczenie tym razem mam but, który mówił „Mama”, ale to słabe wytłumaczenie, bo jak było niżej i bezpieczniej to potrafiłem „biec”. A Marmolada została wytypowania, ponieważ parę lat temu była na niej BeBe i co jakiś czas patrzę na zdjęcie, które wykonała w okolicy, a była z niego bardzo dumna. Jest z czego! I jakoś nie wyobrażałem sobie powrotu w Alpy, bez zawitania na te dwa szczyty. Marmoladę, która kojarzy mi się z nią oraz Grossglockner, gdzie wspólnie mierzyliśmy się z tą górą.
Na dolę chwilę poczekałem i Ola się pojawiła, za chwilę się spakowaliśmy i zium na dół. Po jakimś krótkim czasie złapałem stopa, za co zostałem skarcony. Już na dole pobiegliśmy do depozytu, ja szybko się ogarnąłem i zacząłem szukać miejsca na namiot. Po chwili spaceru znalazłem ładną polanę, w okolicy transformatora. No to zdecydowałem, że tam spędzimy noc. Miejsce nie było idealne, ale dobre na noc, zwłaszcza, że rano byliśmy umówieni z Roberto. No to rozłożenie namiotu, kolacja i spać.

 

Rano dość szybko się zebraliśmy i poszliśmy na miejsce zbiórki.  Na nim chwilę czekaliśmy, co Ola wykorzystała biegnąć po jakąś pamiątkę. Po chwili pojawił się Roberto i wskoczyliśmy do jego auta. No i autem bryknęliśmy troszkę i zatrzymaliśmy się pod ichniejszym marketem. W zachodnioeuropejskich sklepach jest wyeksponowany dział warzywny i naturalny, szkoda, że u nas tak nie jest. Po chwili wsiedliśmy w bolid i brykaliśmy dalej. A dalej czekała nas wycieczka do Arco, gdzie zatrzymaliśmy się przed  20-wyciągową drogą na „bumerangu” *. Wypiliśmy kafe, Ola nie świadoma co, zamówiła – Latte. A to było włoskie latte, ja coś pamiętałem, jakieś opowieści o tym napoju we Włoszech, także dlatego postanowiłem napić się cappuccino. Kawka z widokiem na takie piękne skały. Nie wiele razy w życiu sam chciałem się wspinać, ale patrząc na tę drogę, żałowałem, że nie mam butów i szpeju. Po chwili Roberto nas pośpieszył i przypilnował, ażebym oddał przewodnik. Ponieważ w niewiedzy wziąłem go do auta. :) Później wycieczka do Arco, gdzie wszamaliśmy lody, Roberto zabrał nas do najlepszej lodziarni. Tam zamówiłem Coco i Pistacje iii… była frajda, bo na serio smakowały jak Kokos i Pistacja! A podjadłem (ze wzajemnością) od Oli i truskawka z czekoladą też były pro! Mały spacer po sklepach, normalnie OCH I ACH! I wio dalej. Po chwili sklepach sklepach wyjechaliśmy dalej w stronę Mediolanu. Parę kilometrów później pojawił się nam przed oczami tamtejszy Balaton! Jezioro Garda, bardzo fajnie było podzielone między motorowodniakami, windsurferami, pływakami etc. Każdy miał swoją część. Stanęliśmy nad częścią dla windsurfurów, gdzie tak wiało, że miałem problem ze złapaniem pionu. Według tłumaczeń Roberto cały wiatr z gór blokuje się na pionowej ścianie i dlatego tam tak mocno wieje. Pewnemu niemieckojęzycznemu gościowi do podniesienia z wody żagla, potrzeba było tylko unieść go na 15 cm, a później wiatr zrobił całą resztę.  Z okazji, że tam nie ma parkingów szybko, raz-dwa się zebraliśmy i uciekliśmy dalej! Później nudniejsza część, którą jak to zawsze bywa przesypiam, czyli jazda na autobanie. Dojechaliśmy do obrzeży Milanu. Tam szukaliśmy jakiegoś parkingu blisko metra. I Oppa! Z Roberto kupiliśmy bilety i ja jako „PataŚwir” bryknąłem do Patagonii. Lubię te Chouinardowskie podejście do pracy, teraz to raz jeszcze w Milanie muszę być, ponieważ było zamknięte, z powodu urlopu obsługi. :) A dowiedziałem się co to znaczy, bo po jakimś czasie znalazłem „kogoś” kto mi przeczytał to, co było na kartce. No i później zacząłem szukać miejsca, z którego można się udać do Courmayeur, a stamtąd do Chamonix i zacząłem pytać ludzi i pytać, to mnie młodzi rodzice wysłali na stację kolejową. No to myk, do metra i wio na ichniejszy Centralny. A tam nikt nic nie wiedział. W informacji powiedzieli mi, że pociąg tam nie odchodzi i oni nic nie wiedzą. W końcu zmarnowany doczłapałem się do jakieś kasy biletowej, a tam pani, która ino po italiańsku rozmawiała, mówiła mi (z tego co zrozumiałem) „u mnie tylko bilety, idź pan do informacji”, a ja pamiętając, że informacja była zamknięta, nie dawałem za wygraną i ją przycisnąłem do powiedzenia, gdzie jest dworzec autobusowy. Był on przy Lampugnano – taka stacja metra, no to wio. Okazało się, że Roberto wysadził mnie jedną stację dalej i cała ta moją wycieczka była nie potrzebna. Pytam się miłej pani o koszt biletu do Szamo (mówię: Szamo, bo Polaków tam było mrowie i robią z tego miejsca takie polskie Zakopane.), a ona je po prostu drukuje i każe mi płacić 33€, jakoś po tym całym dniu „atrakcji” nie miałem sił się spierać, to wziąłem te bilety i jutro miałem busa o 7:15(?)
No i w końcu ekscytacja Patagonią odeszła i zgłodniałem. To coś wszamałem na szybkiego. Rozejrzałem się po poczekalni i zobaczyłem, próbującą usnąć na plecaku dziewczynę. No to miły
Hubek zaproponował jej karimatę. Ona odmówiła, ale rozpoczęła się rozmowa miedzy nami. Po pewnej chwili okazało się, że poczekalnia jest zamykana i musimy wyjść. No to wygonieni przez obsługę wyszliśmy na dwór. Tam po chwili naszła nas ochotą na czaj, to wróciłem do poczekalni po wodę, ale już nie zostałem wpuszczony. Odszedłem ze smutną minką. Po chwili naszedł mnie pomysł – może się przejedziemy do Centrum i pozwiedzamy. Zaproponowałem go Anouke – tak na imię miła nowo poznana Francuzka. Zgadza się natychmiast (alternatywa – siedzenie w poczekalni obok kloszardów). Po przejażdżce metrem wyszliśmy na powierzchnię, a tam zaczęło kropić. Po małym spacerze schowaliśmy się  pod jakimś pasażem z dachem i poszliśmy podziwiając i gadając dalej. No i pasaż się sączył, a deszcz nie. Także znaleźliśmy obok jakąś bramę ze schodami i myk, ażeby deszczyk nas nie rozpuścił! Poza tym ciężarny plecak miałem i nie chciałem go dźwigać. ;)

 

Siedząc na schodach gadaliśmy i gadaliśmy, a tu nagle deszczyk poszedł precz. Także wyszliśmy i zaczęliśmy szukać „fajnego miejsca”. Znaleźliśmy takie ławeczki pod ich Kastelu, były oczywiście tablice opowiadające o co w nim chodzi, ale dziś nie pamiętam nic. Tak sobie gadamy siedzieliśmy i gadaliśmy, ale około 3 w nocy postanowiliśmy rozłożyć karimatę. Nie chcieliśmy jej rozkładać przy fontannie i ławkach. Także włączyłem mój „wzrok kloszarda” i znalazłem fajne miejsce pod malutkim daszkiem. Była to brama wjazdowa do zamku. Rozłożyliśmy tam karimatę i 2,5h leżeliśmy. Obudził nas Pies, który podjechał furką i pytał się kto my jesteśmy etc, ale powiedzieliśmy mu, że metro nie działa, a my chcemy się dostać na PKS, ażeby pojechać daleko :). Przyjął to ze zrozumieniem i uśmiechem. My postanowiliśmy się zebrać, ponieważ do budzika zostało nam około 10 minut. Także zebraliśmy się na metro, a tam… zamknięte.. I zostało nam tylko czekać do 6:00. No to jak jest rano, to miło się napić kawy, także wyciągam kuchenkę, butelkę i wio! :) Kawa wprowadziła Anouke w humor morowy z rana. Zostało nam czekać około 30 min na otwarcie bram. Otworzyli, a tam dalej czekanie na nasze metro około 45 min. :) Na peronie wśród denerwujących nut z  megafonów i to ustawionych na tak zwanego fulla. Przyjechała nasza bryczka, no to myk na Lampugnano i tam pożegnalny uścisk, bo już 7:11 i biegiem na autobus, na który spóźnił się kierowca. Wsiadłem i jak to w środkach komunikacji kołowej, spałem.  Przed Courmayeur pokazały mi się za oknami fantastyczne widoki i mordeczka się radowała.  Wysiadka po włoskiej stronie i czekanie (jakieś 15min) na autobus do Szamo. Przejażdżka pod Alpami – 144 € autobusiarz musiał zapłacić, a w Norwegii nic nie płaciłem i było ciekawiej (zwłaszcza gdy renifery wchodziły do tunelu i go blokowały). Już w Szamo, od razu zacząłem szukać Patagonia Stor. Biegłem na Rue Paccarda tam wio do Patagonii, ale zanim, stałem jak wryty przed sklepem i ciesze pyszczka! Po chwili wszedłem do środka, a tam Nadia (?) zapytała mnie czy jestem Polakiem. Potwierdziłem i za chwile usłyszałem, że ktoś schodzi z góry i zaczyna mówić do mnie po polsku! To nasza artystka mieszkająca w Szamo czyli Sylwia Pydych. Po przymiarce wszystkiego co możliwe i  ucieszeniu pyszczka do kwadratu. Zostałem wygoniony ze sklepu, ponieważ mają lunch break. Zostałem wygoniony z Patagonia Stor :). A poza tym moja kolekcja koszulek Patagonii nie powiększyła się, ponieważ już nie mieli mojego rozmiaru. No to wygoniony Hubek poszedł gdzieś coś zjeść. Ląduję pod skocznią, tam szybkie śniadanie (jest około 14). Pytam wszystkich obok jak na Gutiera dojdę. Jakiś Francuz mówi, że tędy będzie szybciej niż normalnie i jest dobra droga. Później dwójka Hiszpanów mniej więcej potwierdziła jego słowa, także wio! Ja patrzę na mapę i widzę, że tędy jest możliwość dojścia do Gutiera, ale to jakoś nie tak. Piszę SMS-a do Róży, z pytaniem o drogę (była tu dwa tygodnie wcześniej) i wysyła mnie w dobre miejsce. Ale z okazji, że już troszkę wyszedłem tym „skrótem” to poszedłem dalej, ciekawe gdzie dojdę. Idę po serpentynach i idę, i idę. Aż tu nagle pojawiają się rowerzyści przede mną. Chcą mnie przepuścić, ale nie dałem się, ponieważ mogłem na chwilę stanąć i odsapnąć. Ale od mijanki z nimi czeka mnie 10 minut podejścia i pojawiam się w  Refuge du Plan de l”Aiguille 2207 m. Tam opiekunowie schroniska dają mi lepszą mapę i bardzo się martwią tym, że chce schodzić na dół w nocy, proponują free nocleg. Jak złapałem oddech, okazało się, że za oknami jest ciemno. Tak więc zgodziłem się skorzystać z ich propozycji. Poza noclegiem i mapą dostałem jeszcze fantastyczne ciasto! Lepiej niż w domu. ;)
A siedział tam miły Szwajcar, z którym kiedy zamieniłem jedno zdanie, był przerażony, że ja nie potrafię gadać  po angielsku. Ale jak już odetchnąłem pełną parą, to już normalnie pogadałem i
Hans był w szoku. Ponieważ w pierwszym zdaniu coś kaleczyłem, a już w następnych normalnie gadałem. Okazało się, że Hans jest partnerem treningowym Ueliego Stecka. Kazał mi obiecać, że będę stosował w praktyce ich życiową zasadę, czyli „Light, light, light and fast”, opracowaliśmy razem moją drogę na szczyt Mout Blanca. Miły Hans zaproponował mi, że rano weźmie mój plecak i go zwiezie na dół, a ja na lekko pobiegnę na dół. Zgodziłem się i obiecałem mu, że jak będzie to możliwe, to podjadę na górę kolejką, ażeby skrócić sobie drogę. Następnego dnia rano wstałem parę chwil po budziku i w pośpiechu szybko się zebrałem i myk na dół. Dobrze, że wieczorem sobie przygotowałem iso drink. Lekko spóźniony  wybiegłem ze schroniska i zium na dół 1:22 zajęła mi drogą do stacji kolejki. Śpieszyłem się niemiłosiernie, co w późniejszym terminie przypłaciłem bólem w kolanie. (Ból w kolanie pojawił się po trialowym treningu z Krzyśkiem Dołęgowskim i towarzyszył mi do startu w maratonie Warszawskim, czyli około 2 miesiące. Największe bóle były gdy dreptałem na dół.) Na dole spotkałem się z Hansem i jego małżonką Marlène później pogadaliśmy chwilę i Hans postanowił wesprzeć moją inicjatywne dając mi 50 € :). Umówiliśmy się na wspólny trening na Mönch 4099 m i Jungfrau 4158 m. I oni odjechali, a ja zostałem i próbowałem przez chwilę złapać stopa, ale o 9:00 poszedłem na dworzec, ponieważ o 9:14 miałem pociąg do Les Houches. Doszedłem do niego, a nim przejechałem za free, ponieważ miałem wielkie bagaże i nie chciałem ich zostawiać, takoj czekałem na konduktora. W Les Houches poszedłem szukać cable cara, okazało się, że ten, który miałby mnie wywieźć i był bliżej, nie działa. Także czekało mnie przejście dalej. Znalazłem i jak dobrze pamiętam za 18 € kupiłem bilet w obydwie strony. Zium na górę, tam szukałem miejsca na depozyt i znalazłem mały opuszczony domek, zanim zostawiłem w krzakach swoje rzeczy. Później czekało mnie małe zejście na dół, wszystko było piękne tylko jak zapewne pamiętacie, kolano chciało mi eksplodować. Także na dół wyprzedzali mnie wszyscy, ale za raz pojawiły się tory  Le tramway du Mont-Blanc(TMB), także w górę to było już ciekawszej, ale nudno. Po dojściu do zakrętu okazało się, że czeka mnie podejście w słońcu pod „dużą” stromiznę. Nic to, pomyślałem i pospacerowałem dalej, po jakimś czasie już przeszedłem całą trasę. Na końcu usłyszałem nasz Polski język i znów czułem się jak w Zakopanem.
Po chwili odpoczynku wyruszyłem dalej. Zwarty i spięty w sobie pobiegłem dalej, około 16:00 byłem w okolicy
Baraque des Rognes na 2781, postanowiłem się zatrzymać i jutro wyjść na szczyt. Tam była Marta Leszczyńska, znajoma Tadka z Montano (On chyba każdego wspinacza zna :) ) No i- ekipa chciała „imprezować” i się bawić, a Hubek spać… Obudziłem się parę chwil przed budzikiem i zacząłem przygotowywać na wyjście, które nastąpiło o 2. w nocy. Podczas ataku szczytowego była pełnia, która robiła mi większą jasność niż czołówka (latarka jest punktowa, księżyc to duża lampa) doszedłem do Tette Rose i zobaczyłem przed moja osobą już jakieś latarkowe punkciki. Podbiegłem w ich stronę, w paru momentach chyba szedłem w ich stronę, nie szlakiem (schodząc po południu, inaczej szedłem). Stało się, dogoniłem „tramwaj” z Korei, a dokładnie pani, której troszkę pomagałem, miała na butach napisane – Seul. :) A jak to tramwaj, to nie dało się czegoś takiego wyprzedzić, takoj powoli szedłem do starego Goûtera, a tam bez pośpiechu założyłem raki i wyszedłem w stronę szczytu. Na początku był pomysł, ażeby przegonić Koreańskie „koleżanki”, ale przy nowym schronisku gdzieś mi zniknęły. Może poszły na kawę?  Idąc dalej, gdy nikogo z przodu nie było, to  wolno szedłem. Miło czasem złapać się komuś na koło. Z tyłu zaczęli się pojawiać niemieckojęzyczni panowie, co przyśpieszyło moje kroki. Przed Vallotem (awaryjne schronisko) (4363 m.) było małe zejście, które jak pewnie się domyślacie uradowało mnie wielce… A już sama droga od Vallota była pod górkę, ale kiedy tak patrzę z perspektywy, to i tak wolno szedłem. Wyszedłem na grań, tam 95% ludzi było miłych i przepuszczali i ci związani liną obchodzili „luźnego człowieka”, ale było jeszcze to 5%. Nic to, dochodząc do szczytu zastanawiałem się ile jeszcze tych „pagórków” przed mną. Na Szczycie zameldowałem się o 10:26. Chciałem tam pozostać ino 15 min, może 20, ale zanim kogoś wykorzystałem do zrobienie fotografii (co nie było problemem, na szczycie było z 10 osób) i obcykałem wszystkie pamiątki. I oczywiście zrobiłem zdjęcie dwóm Sierotkom. Popatrzyłem na zegarek, a tam moje 15 min przerodziło się w 40. Także zacząłem pędzić w dół, pierwsza część zejścia była prosta wio do Vallota tam nawet głowa mnie przestała boleć. I szło się przyjemnie po pokonaniu jedynego wzniesienia wybrałem drogę na dół nazywającą się „Po śladach”. Była ona krótsza, bardziej stroma i w paru momentach myślałem, że wtopiłem. A jak ja schodziłem mijali mnie zawodnicy ćwiczący przed UTMB. Jeden jak na grani zrobiłem mu miejsce wielce się ucieszył, jak dziecko, które dostało lizaka ;). I w tym momencie zacząłem się zastanawiać nad ideą ustępowania w górach. Po zejściu na wysokość Goûtera, już liczyłem minuty, które mnie dzielą od mojego miejsca noclegowego. Ale zejście po tych kamyczkach było zupełnie inne niż w nocy, nic a nic nie przypominało tego wejścia. Byłem normalnie w szoku. Coś mi się z głową pomerdało i jak byłem w okolicy Tette pytałem jakiegoś Anglika, gdzie jest Barack?! A w ogóle to myślałem, że „ten” zły kuluar jest wcześniej i wszystko mi się pomerdało. Zupełnie straciłem z pamięci tę „polankę”. Dziwnie było. Ale za chwile spytałem jeszcze Francuza ze schroniska o drogę (dla pewności). I wio na dół. Wspomnę jeszcze o tym „zabójczym” kuluarze. To nie uważni ludzie z góry na nim rzucają na Was kamienie. W nocy nawet go nie zauważyłem, a popołudniu gdy schodziłem usłyszałem „Pozor” i nagle dupnął wielki kamień, a za nim parę mniejszych. Przecież wiadomo, że jak jesteśmy nad tym „złym” kuluarem to uważamy jak stawiamy nogi, ażeby nie spuścić komuś czegoś na głowę. Ale w takie góry chodzą ci, co byli na Giewoncie, albo innej Śnieżce, a później jest tyle złego. Ale nic to! Poszedłem dalej. Dalej nawet Anglicy (tak mówił mi ich akcent) zaproponowali mi wodę, ponieważ słabo wyglądałem. Oni szli na górę, a ja na dół, to odmówiłem. I pobiegłem dalej. Po jakimś czasie znalazłem się w Barracku i jeszcze nie zdążyłem nabrać powietrza, a już buchałem złością. Wszędzie były śmieci z Polski… Ach, rozumiem, nie mamy kasy na spanie w schroniskach, ale kultura nie potrzebuje kasy. Po pewnym momencie w schronie pojawił się Peter(?) z Węgier. Pogadaliśmy chwilę wytłumaczyłem mu swoją drogę i zaraz usnęliśmy. Rano zebrałem się bez pośpiechu na dół. Przy kolejce pani mnie pytała czy jadę, to zadałem po angielsku dosyć proste pytanie „How much?”, niestety nic nie zrozumiała. I jakiś młody Francuz, który stał obok tłumaczył. Okazało się, że przejażdżka to 16 €, także szybko wybrałem swoje nogi i z uśmiechem poleciałem na dół. Po pewnej chwili znalazłem się przy depozycie, zabrałem go i wio na kolejkę. Jechałem w gondoli wraz z miłą parą Francuzów. Pogadaliśmy o malarzach w tym o Brueghelach. We Wrocławiu w tym czasie była ich wystawa. I na dole szukałem sklepu, albo prysznica. Sklep był po drugiej stronie ulicy, ale  z moim ciężkim plecakiem nie chciało mi się przez nią przechodzić. Nawet nie wiem czemu on stał się taki ciężki. No to wio na dworzec kolejowy i czekać na pociąg na Szamo. Na stacji spotkałem miłą parę, która dała mi kanapkę, gdy im powiedziałem, że właśnie wracam z Blanka. A rozmowa wywiewała się z pytania, o której będzie pociąg. :)  W tę stronę ładnie kupiłem bilet u Pani konduktor, która się troszkę śmiała z moich bagaży :). Wysiadłem w Szamo i w kasie biletowej zapytałem gdzie tu znajdę prysznic. Panie coś marudziły o basenie, ale nie były pewne. Wysłały mnie do Touristik informacjon, a tam pani z pewnością potwierdziła, że jedyny prysznic jest na basenie. Pokazała jak do niego dojść. Jak sobie tam szedłem, to jak zawsze byłem pociechą dla turystów, nie wiem why, ale zawsze cieszą pyszczki jak mnie widzą. :) Po prysznicu, który kosztował mnie 2€ (?). Wyszedłem z basenu o parę kilo lżejszy i uśmiech mi jeszcze zwiększył się. Poszedłem standardowo do Patagonii, pogadać parę chwil. Wszyscy poza kierowniczką cieszyli się ze mnie. :) Dostałem tam karton, ażeby łapać stopa i poinstruowali mnie gdzie najlepiej stać. Po chwili właśnie tam stałem, było po 16., gdy zacząłem łapać stopa. W pierwszym stopie, albo gdzieś w okolicy, zniknęła mi moja KW-czapka. Wysadzony zostałem w troszkę słabym miejscu, bo na rondzie. Tam nic nie złapałem,podpytałem rowerowej dziewczyny, gdzie najlepiej stanąć i ona sama nie wiedziała.  Przeszedłem przez miasto myśląc, że tam coś złapie. Ale nic i wróciłem na to rondo, gdzie coś próbowałem, ale nic. Po jakimś czasie chłopak z pobliskiego domu zapytał mnie gdzie chce jechać etc. Powiedział mi, że mnie wywiezie w lepsze miejsce, cofnęliśmy się troszkę, a miejsce było lepsze tylko z nazwy, ale po godzinie udało mi się coś złapać. Pana, który miał psychopatyczną twarz i ogólnie był dziwny. Podwiózł mnie do autostrady, ale na pożegnanie dziwnie się zachował. Nie będę o tym pisał, tylko powiem, że na tysiąc stopów złapanych jeden psychol musi być. Później złapałem miłą parę, która narzuciła sobie kilometrów, ażeby mnie bliżej podwieźć. Później, już wieczorem podwoziła mnie para, ale jak powiedziałem, że wczoraj byłem na Blancu to Pani dała do zrozumienia, że mieszka blisko. Ja zmieszany już wieczorową porą wysiadłem i aspekt zaproszenia mnie dopiero dotarł. Ale nic to rozłożyłem się na autostradzie, za jakąś budką i przed snem, gdy spisałem już dziennik, pomyślałem „Murzyni mi się nie zatrzymują, a samotne kobiety także nie”. Rano, o 5:47 wstałem i się spakowałem, o 6:07 zacząłem łapać, o 6:11 już jechałem i to z samotną Murzynką! Także radosne są takie myśli przed snem! Zabrała mnie chwile, później next car, a już następny zabrał mnie pod samą granice z Austrią, gdzie zgadałem się z Niemieckim autostopowiczem, ale po przejściu granicy on na stacji, gdzie ja kupiłem vanilową cole, on znalazł stopa i pojechał. Ja stałem i łapałem. Byłem 190 kilometrów od Monachium. Złapałem miłego pana z joncikiem, z którym jechałem około 4h i wysadził mnie 170 kilometrów od Monachium, ale zwiedziłem całą Austrię, byłem w ichniejszym Zakopanym, czyli St. Anton. Później raz i dwa złapałem stopa na miejsce, gdzie było mrowie autostopowiczów. Dziewczyna z Krakowa oraz para z Czech. Byłem tam ostatni, ale jako pierwszy złapałem stopa. :) Mimo, że miałem napisane Praha pan po czasie się pokapował, że jedzie zupełnie gdzie indziej. Jechał przez Wiedeń do Rumunii, także nakręciłem go, ażeby w tym Wiedniu wysadził mnie bliżej niż dalej od centrum. Tam, już na miejscu zapytałem przechodnia jak dojść na przystanek PolskiegoBusa (już teraz nie pamiętam jak się nazywał ten plac). Kupiłem sobie bilet z Wiednia do Katowic. A on zadał mi pytanie czy ja jestem Polakiem, ponieważ sam nim był. Później w tramwaju spotkaliśmy matkę z córką także z Polski. Na 10 osób spotkanych w Wiedniu 4 były z Polski, 3 z Czech/Słowacji, 2 – Bałkany i jeden Austryjak, przynajmniej niemieckojęzyczny. Doszedłem na ten plac, ale do odjazdu busa miałem parę chwil, dlatego postanowiłem pochodzić po mieście. Ale było ono zupełnie puste. Także wróciłem na Plac, gdzie zrobiłem sobie małe szamanko i nagle ludzie się zebrali, za chwilę pojawił się bus. Tak nim dojechałem do Katowic, z tego miejsca wyruszyłem do Częstochowy by pociąg. Tam chwilę się poobijałem u rodziny i tak wyglądała cała moją wycieczką. :)

 

 

 

* później spr co to za droga

 

(?) jak dobrze pamiętam.

Zimowy Elbrus 2013

Trochę się opuściłem z blogiem, ale już nadrabiam!

„A to było tak!

Wiem, miałem to wszystko spisywać w pociągu, ale stało się tak, że jestem w szpitalu i mi się nudzi!

 

Już od początku chodziłem 20 min za Arkiem, co było dla mnie zdziwieniem.
Zacznijmy od frontu.

Spotkanie nastało na Metrze Wilanowska. Już na samym początku „Polski But” się spóźniał, ale przez Ostrowiec stawiliśmy się w Rzeszowie. Nasz mały autobus nadrobił każdą minutę opóźnienia. No i staraliśmy się jak najszybciej z Podkarpacia przedostać się do Przemyśla. Tam bez problemu znaleźliśmy zetówe, która za 40 PLN nas zawiozła na Medykę. Z tego miejsca „raz dwa” po stronie ukraińskiej. A tam napastował nas jakiś chłopek, co chciał na nas niebotyczne monety zarobić. Udało nam się znaleźć alternatywę i za 3 hrywny zostaliśmy przetransportowani do jakiegoś miejsca gdzie, zatrzymywał się pociąg. Ale nazwanie tego peronem byłoby dość sporym naruszeniem. Z tego miejsca „Elektryczką” za 5 hrywien znaleźliśmy się we Lwowie. Tam okazało się, że jesteśmy na ich dworcu „Śródmieście” i musimy przejść na „Centralną”. U nas jest to 3 min, a tam z 1 km. ;) Po zameldowaniu się na peronie, okazało się, iż te wydruki nie są biletami i trzeba po ticket pójść do kasy. Po wejściu do pociągu czekało nas małe palulu, w sumie tam gdzie można i nie tylko w podróży śpię. Po paru godzinach byliśmy w Kijowie i czekaliśmy na PKP do Mineralnych Wód . Tam był bar mleczny, w którym było darmowe WiFi. Nie minęły 3 chwile, a byliśmy na peronie i chyba 30h w PKP. W końcu zgłupieliśmy, która jest godzina w Rosji (teraz oni nie przechodzą na czas zimowy, także tam było +3). Na dworcu znaleźliśmy transport do Treskoł za 500per/person. A w tej mieścinie wymieniliśmy po 100$ co dało 2900 rubli. Pani z magazynu złapała nam taksi do Azau za 150 rubli (lepiej się przejść, bo to około 3km). Po przybyciu do Azau szukaliśmy Owiru i miejsca na pałatkę. Czytaliśmy relacje – w każdej było o tym samym miejscu napisane w inny sposób. Okazało się, że naprzeciwko gościennicy Alpina jest mikro lasek i to o nim wszyscy się rozpisują. Także tam postawiliśmy namiot. Następnego dnia zostawimy DEPO w gościenicy Alpina. Hopa i po chwili brykamy na pocztę, a tam okazuje się, że na OWIR mamy 7 + 2 dni za łikend. W sumie 9 dni o których nigdzie nie było na napisane. Może się przepisy zmieniły, może nie wiem co, ale nikt nic o tym nie pisał! A liczone jest od przekroczenia granicy, także mamy to w „dupie”.

 

Tak przed snem „przebiegliśmy” się na Camp 1 znajdował się on w stacji kolejki. I znów następnego dnia przetransportowaliśmy się wyżej do „pieredota”. Tak już od razu chciałem atakować, ale Arek miał jakieś problemy o których nic nie mówił. Więc wyszliśmy tylko z Pieredota aklimatyzacyjne do Skał Pastuchowa i z powrotem. Ta wycieczka mi się nie uśmiechała, ale cóż, jestem chyba mało asertywny. Jeszcze 13 lutego o 23:09 wstałem (po ciężkiej nocy) i rozpocząłem przygotowania do ataku szczytowego. O 00:50 wyszliśmy do góry, powinno być wyszedłem, ponieważ Arek jak zawsze mnie zostawił. Pretensje o to? Nie każdy widzi różnice między Alpami, a Kaukazem… Nawet jak mi zdarzyło się zostawić partnera to zawsze na niego zerkam, upewniam się co z nim i czekam. A nawet jak nie mogę pomóc empirycznie w przejściu danego odcinka, to prowadzę ustnie – tak mnie wychowano.

 

A podczas ataku kierowałem się na azymut, brany na światło czołówki. Niestety tylko do Skał Pastuchowa, później zostałem nawet bez tego lakonicznego drogowskazu. Potem, za tymi skałami nie było czy to czołówki, czy to śladów raków – kompletnie nic, co by mi choć trochę pomogło. Może gdybym wiedział, że tam jestem sam, to bym nie tracił czasu na szukanie śladów. Parł bym do przodu, bez problemu. I tak szedłem na „nos” z wiatrem, który dół (wiał) od lewej co zapewne mnie spychało na prawo. Dochodząc do końca lodu zobaczyłem, iż nie jestem w miejscu zbyt trudnym, ale za 20m w lewo było o wiele łatwiej. Takoj postanowiłem zatrawersować. Do tego czynu zmobilizowała mnie łuna światła czołówki Sławka i jego kompanów. A szła ona maksymalnie po lewej (patrząc na szczyt) i dość dużo metrów niżej. Nie od dziś wiadomo, że lepsze jest wrogiem dobrego! Miałem z trawersować około 20 metrów, 16 przeszedłem bez problemu, ale później zobaczyłem kamień. Postanowiłem go ominąć. Oppa, ominąłem, ale nie sprawdziłem stopnia (tak wiem lamus ze mnie) i …. stało się to co miało się stać… Poleciałem.

 

Nauczono mnie, że jak lecisz to wbij czekan a powinieneś zwolnić. Ale tu zdziwienie, ponieważ tak się nie stało, a zacząłem przyśpieszać. Nagle mój czekan spotkał się z kamieniem, a dokładnie czekano-młotek od Grivela – Matrix light ;) i po tym spotkaniu zaczęło mną kręcić. Dość często leciałem głową do dołu. W pewnym momencie jak leciałem, dupnąłem w jakiś kamień. Czułem jak moje ciało (kręgosłup) zamienia się w gigantyczną sprężynę i cały impet mojego lotu zostaje właśnie przez kręgosłup przejęty. Uczucie nie do opisania! W sumie nie do przeżycia, w każdym razie – nie polecam! Chwilę później (jakieś 3 nanosekundy) leciałem dalej, ale już nie długo, bo około 3 albo 4m. Zatrzymałem się końcówką tylnej części pleców (dupą) na następnym głazie, po prostu w niego dupcąc nogami i „tyłem”. Po chwili wstałem i obczaiłem, że te czołówki schodzą niżej. Myślałem, że mnie usłyszeli/zobaczyli jak jechałem obok, ale chłopaki robili wycof. Zacząłem namiętnie krzyczeć „na dół”, „niżej” i coś, czego obecnie nie pamiętam. Chłopaki zeszli do mnie około 100m przewyższenia, (ja byłem przed lotem około 100m nad nimi co daje łączną liczbę 200m „lotu” w przewyższeniu). A ile to w długości zjazdu było, to muszę to obliczyć na spokojnie. Po odnalezieniu mnie, Koniu pomógł mi założyć rak. No i zaczęliśmy schodzić na dół. Przeszliśmy około 150 m w linii prostej i byliśmy już w ich obozowisku na Skałach Pastuchowa. Ułożyłem/ułożyli mnie w namiocie i czekałem na … sam nie wiem na co. Sławek wiedział, ponieważ zatelefonował po MCZS, ale on nie śpieszył z pomocą. Dopiero jak Sławek odpowiedział im na pytanie „czy ubezpieczenie jest”, to przez telefon powiedział, że jestem członkiem AlpenVerinne i w ten czas byli bardziej skorzy do pomocy . Później w ratraku, albo w kolejce jeden z ratowników powiedział, że gdyby nie AV, to by po mnie nie wyszli… takoj 290 PLN na rok, a przydaje się. :)

 

No i mnie jakoś wyciągnęli z namiotu, wsadzili na sanki ratownicze – zawsze marzyłem o przejeździe takimi saniami. Zabrali mnie do ratraka (o przejażdżce także marzyłem), tylko szkoda, że w takich okolicznościac. Później nie jestem pewny w 100%, ale jakoś mnie pod kolejką przetransportowali i zanieśli do czegoś co było ichniejszą „karetką ” i tam założyli mi welfron (za 2 wkuciem i do tego tak dziadowsko, że w szpitalu nic przez niego nie leciało). Takoj zabrali mnie tym wehikułem, co miało być karetką przez około 1h, do czarodziejskiego szpitala. A w tej karetce trochę popodskakiwałem tu i tam, także leki które mi podali spowodowały u mnie radość i sen. W szpitalu, a tam jak u nas w pierwszej połowie lat 90. Takie same maszyny, bo po co kupować nowe jak można naprawić stare (to jest bardzo PRO). Po chwili znalazłem się na RTG i cykali foto moich łokci i bioder, wszystko okazało się w porządku, ale zanim cyknęli foto, to lekarz mi się zaprezentował. Był on w radosnej czapie szefa kuchni, co spowodowało u mnie radość. Rozpoczął mnie naprawiać, chodź to nie były złamania, a tylko otwarte obtłuczenia. Jak zawsze w takich wypadkach tylko czas zajmowałem. Natomiast chwile później dzwonił do mnie ktoś z ambasady (przepraszam, ale nie pamiętam kto), powiedział, że telefonował do niego MCZS i przedstawił coś takiego, że „ręce mam, ale trzymają się na skórze i kombinezonie”. Po sprawdzeniu co ze mną jest wylądowałem w specjalnie przygotowanym dla mnie pokoju. Dziwnie tak, bo traktują mnie jak gościa specjalnego. VIP room jest tuż obok i jego drzwi mieszczą się 2m od moich, cóż pomylili się.

 

A Pani Pielęgniarka powiedziała „durnie te skałotoczy” w czym jest sporo racji :) . Chwile później inna piguła mnie męczyła o to, „czy żena jest”, ja jej na to, że na żonę nie ma dzięgów. Ona kontynuowała i mnie męczyła dalej, jakby chciała z tego pokoju z pierścionkiem wyjść. W końcu powiedziałem, że mam lubą, za co ją przeprosiłem, że dałem się radzieckiej pigule się zeswatać. Piguła powiedziała mi także, że „alpinisty to mają żene, jak nie to zwykłe skałołazy”. Takoj moje miłe teraz uważajcie, ażebym się szerzej nie rozpoczął uśmiechać, bo to możesz być Ty :). No i leżałem tak czekając na sam nie wiem na co…

 

Moją największą stratą nie był czekan, nie GPS, nie czołówka, nie brak „szczytowania”, a fakt, że straciłem ostatnią pamiątkę po mojej najlepszej i naj i NAJ partnerce wspinaczkowej czyli Bożence. Na gwiazdkę 2009 dała mi piernika zapakowanego w świąteczny opakunek, a ja obiecałem, że go otworze na szczycie Grossglocknera, nie weszliśmy. Do teraz ten podarek mi towarzyszył w każdych górach. Teraz został on rozszarpany i tak już nie mam żadnej pamiątki po Bożence, a jej matka na moją prośbę o chęci posiadania czegoś, co jest z nią związanego, zareagowała tak, jakbym skakał po Bożenki grobie. Nie wiem czy tu jest jakiś sens.

 

A wszystko to wykrakała Ola Dzik, ponieważ jak z nią gadałem to ona mówiła o MCZS, o tym lodziku nad „pastuchem” i o tym, bym jej wstydu nie narobił – przepraszam.

 

Po spisaniu tamtego, położyłem się spać. A tu jakaś łachudra posprzątała moje fanty. Mogła mnie obudzić, ale ona wolała wysypać piernika Bożenki i to mnie wielce za bolało, prawie jej w ryj dałem. „Szmata” mogła mnie obudzić i poprosić o posprzątanie, ale nie…

(została mi zrucona uwaga, że tak brzydko się wypowiadam, wypowiedz była spisywana w szpitalu kiedy Hubek był bardzo wzburzony , przepraszam jak kogoś rażę)

Po zrobieniu awantury, wieczorem przemieściłem się na „pole” i podobno na biurku przed salą ułożyłem się jak do snu. Kiedyś mi ktoś mówił, że jak adrenalina zejdzie to wychodzą na jaw dziwne bóle. I tak chyba było w moim przypadku. Położyli mnie na wyro i Pani doktor specjalnie mnie kująca tam gdzie miałem mój największy siniak, dała mi kroplówkę z anty-bólem. Next dnia nie mogłem się ruszyć i darłem ryja, że chce do WC i przyszła „ta” doktor i powiedziała „pójdziesz jak pójdę”. I nic, ponieważ ruszyć się nie mogłem. Po około 20 min zwlokłem się niczym zombie z wyra, doczłapałem się do drzwi i padłem na ryja. Ktoś mnie podniósł, a „doktor” w szoku „po co ja wstaje”. Później przewieźli mnie na RTG i okazało się, że wsio w pariatku, ale dostałem nowe anty bóle i pomogło. Już za 3/4h mogłem wstać. Ale pisząc to boli mnie „tu i tam”. A po RTG zmienili mi pokój na taki z prysznicem, taki VIP room. A tak się troszczyli o moje fanty jak nigdy. A i tu (w szpitalu) mają dziwny zwyczaj, nie zakręcają kurków od wody, tak już uratowałem ze 100l…”

Hubert w Szpitalu

Przygotowania odc.1

Już próbuje przygotować się do wyjazdu. Na razie trochę od końca:

Co zakupy w sklepie spożywczym, dorzucam do koszyka czy to Bebiko, czy to zupkę chińską. Powoli, bo powoli ale zbieram jedzenia w brud. Liofilizaty kupuje na zniżce, ale i tak ostatnio zapłaciłem za nie 140 PLN. Także te, plus te co były równa się – trzeba zakupić jeszcze. Może jakieś inne smaki?

25 marca przebiegłem półmaraton Warszawski z czasem 1:51:13 , także słabo, ale od czasu do czasu tu i tam biegam. Biegłem w koszulce mojego partnera „1% for the Planet”, tak się zaczyna mój pochód lansu i starałem się być zauważonym przez liczną grupę ludzi. Tak więc, gdyby ktoś szukał towarzystwa do biegania, to się polecam.

Już kupiłem bilety. Tak, wiem, najpierw powinienem skontaktować się z agencją, ale z powodów „różnych” nie mam €. Ale dam radę i wszystko się jakoś naprawi.

26 marca załamałem się, ponieważ usłyszałem pytanie „czy zamierzacie zabrać kartusz gazu do samolotu, czy kupujemy u agencji na miejscu?”. Było bardzo, bardzo na miejscu, no ale nic to. Czeka mnie ciężki wyjazd, ale sam się o to prosiłem.

Zugspitze

Ja i moja wyprawa na Zugspitze.

Pod koniec stycznia postanowiłem pojechać na Zugspitze i na targi ISPO MUNICH. Zdecydowałem się tam pojechać stopem, ponieważ moje finanse nie stoją na wysokim poziomie. Rozpoczęły się poszukiwania partnera.
Szukam, szukam i aż tu nagle moja koleżanka – Dorota z Gdyni mówi mi, iż wybrałaby się w hory. Na co ja bez zwątpienia w jej „siłę”, zaproponowałem jej wyjazd na najwyższy szczyt naszych zachodnich sąsiadów. Chodź z pewnymi obawami, zgodziła się na wyjazd.

Tam i nie :Ja, nie wzruszony brakiem doświadczenia mojej partnerki, parłem do przodu, ponieważ bardzo chciałem być na ISPO, gdzie ważyła się moja przyszłość (ale o tym później). Chciałem także bryknąć w hory, zwłaszcza, iż na Zug miałem jechać już parę lat temu.

No i się rozpoczęło:

Miejsce i godzina spotkania – Dworzec Główny w Breslau o 6.00 rano. Ale zanim tam się dostałem, postanowiłem przyjechać do Wrocławia troszkę wcześniej i odwiedzić Alę. Tak też zrobiłem, a w PKP usłyszałem radosny dowcip: „czemu jelito ma 12m? ….. żeby herbata w dupę nie parzyła „. Wracając o 7.00 rano, razem z Dorotą byliśmy na stacji benzynowej i łapaliśmy auto do Niemiec. VW transporter z Polakiem mieszkającym na obczyźnie. I tak zmierzaliśmy poprzez różne stacje benzynowe i różnymi niemieckimi autami do Monachium. Trafili nam się: skoczek narciarski, dama, u której od razu usnęliśmy i Pan złapany już na stacji, kiedy robiło się ciemno. Zabrał nas pod samą furtkę Benjamina, u którego nocowaliśmy (dzięki couchsurfingowi i Dorocie).

Następnego dnia, od razu wyfrunąłem na ISPO, a Dorota na miacho. Po ISPO po raz pierwszy miałem dość outdooru, ale to nie przeszkodziło mi w tym, żeby wybrać się tam następnego dnia. Jak poprzednio gadałem z „pewną” marką i obejrzałem stosika innych, tak drugiego chodziłem tu i tam prosząc o sponsoring dla mnie albo moich wypraw. Natomiast wieczorem pierwszego dnia piłem najdroższe piwo ever – zapłaciłem za nie jedyne 8€, a drugiego było outdoor-party na ISPO i tam już piwo było darmo, co sprawiło radości co niemiara. :)

Następnego dnia wyfrunęliśmy pociągiem podmiejskimi do końca trasy, gdzie znów łapaliśmy stopa, żeby dostać się do Ga-Pa. Znów się udało. Natrafiliśmy na Pana, który podarował nam ciepłe lody, na dziadka, który jak się dowiedział, iż jesteśmy z Polski to oznajmił „widać po Panu, że jesteś Polakiem” i dał nam po 5€ i cudowne 2€, za które kupimy Berlin.

Byliśmy przy Olimpic Stadium, gdzie nasz Adaś skakał. Wyruszyliśmy zostawić gdzieś miejski depozyt, a w związku z tym, że w restauracji go nie chcieli, schowaliśmy go za „kioskiem” w śniegu. Na dzień dobry przywitała nas bramka, w której Pan zainkasował od nas po 3€ za wejście. Nieświadomi gdzie i po co wpełzamy, weszliśmy do pięknego Kanionu, gdzie rzeka razem z ludźmi, wyrzeźbiła piękny szlak turystyczny. Lodospad przy lodospadzie, stalagmity – istna rewelacja, aż nie było mi szkoda tych 3€ zapłaconych za wejście. Po pewnym czasie doszliśmy do wejścia na trasę na Zugspitze, gdzie pod upragnionym napisem znajdował się podpis „rential” czy coś w tym stylu. Wtedy moja mała główka dostała natchnienia, iż to po niemiecku znaczy rentier i jest to trasa dla nich, także radę powinniśmy dać z palcem w oku. Następnie szliśmy „chwilę” i wykopałem platformę. Spać poszliśmy gdzieś na szlaku, gdzie jak to w lutym jest chłodno (dla Dudusia ZIMNO). Co się okazało już w namiocie, worek na buty został za kioskiem, ale nic to, bo dzielni zdobywcy zawsze dają radę! Po tej nocy nastąpił ciężki poranek i poszliśmy dalej. Brodziliśmy w dziadowskim śniegu po kolana i próbowaliśmy znaleźć szlak, co nie zawszę było prostą sprawą. Szliśmy za śladami królików- one znają te tereny, także im ufaliśmy. Co powodowało planowe zbłądzenia. Doszliśmy do schroniska Angerhutte, gdzie staraliśmy się znaleźć jakieś lokum, żeby nie trzeba było rozstawiać namiotu. Udało się. Komórka, która robi za zimowy magazyn różnych stolików i krzesełek na letnie dni. Już wieczorem powoli zdaliśmy sobie sprawę z tego, gdzie jesteśmy, ile zajmie nam dojście na szczyt i ile mamy gazu. A co wieczór opowiadaliśmy sobie na zmianę różne bajki, o Księżniczce, która nie słuchała rodziców etc. Rano podjęliśmy decyzje o zejściu, martwiąc się o czas. Tym razem, rozstawiliśmy namiot tuż przy tym pięknym kanionie i tam czekała nas kolejna noc. Nazajutrz zebraliśmy się ile sił i bryknęliśmy do Ga-Py, gdzie po raz pierwszy zobaczyliśmy górskie szczyty. Pogoda tak pięknie nas żegnała, aż szkoda było wyjeżdżać, słoneczko mówiło nam wrócicie tu. Jednak zanim to się stało, to jeszcze w namiocie nastąpiło zdarzenie, które zmieni Dodowy świat, a i mój także.. A no, i sklep, a w nim jakieś pamiątki, czyli piw. Ja swoją pamiątkę zadedykowałem Agacie, która pomogła mi z ISPO, a sama nie mogła tam być z powodów zdrowotnych. Na wylocie z Ga-Py złapaliśmy stopa, dalej w mało przyjemnym mrozie złapaliśmy dwóch Szwejów, którzy dwa miesiące temu wrócili z Afganistanu. Dostarczyli nas w miłym towarzystwie pod Monachium, gdzie złapaliśmy kolejnego Szwejka, który w bogaty sposób zapytał nas „Where you want go? – there -ok”, no i na tym rozmowa się zakończyła. Pan nas przewiózł przez pół Niemiec i wymienił z nami jedno zdanie. Następnie pozwolę sobie przypomnieć motto autostopowiczów (a przynajmniej moje) „nie ma takiej dupy, z której wyleźć nie można”. Tak i w miejscu beznadziejnym złapaliśmy kolejne auto, i kolejne aż w końcu ostatnia stacja po Niemieckiej stronie. My, już całkiem zmarnowani szukaliśmy i szukaliśmy, a tu nic z podwózki. Lecz w pewnej chwili okazało się, iż dwóch miłych mieszkańców Zgorzelca może nas podwieźć do tego miasta. Nam to pasowało, no i po przyjechaniu wraz z nimi do Zgorzelca zwiedziliśmy PKP. Mięliśmy nadzieję, że może jakiś pociąg jest do Wrocławia, ale ostatni był o 19., a była 21. Podwieźli nas na PKS, ale tam także martwica. Za trzecim razem wyjechaliśmy na CPN na trasie do Wrocławia, gdzie zmarnowany, bo stres o Dodo mi uciekł precz (po przekroczeniu granicy) i już bez nadziei usłyszałem, iż Duduś znalazła transport. Okazało się, że to TIR jadący do Bolesławca, co nas urabiało. Po przejechaniu paru kilometrów, wysiedliśmy przy Wagzale. W tym o to mieście, okazało się, że ostatni pociąg był o 21., a była już 22. Najbliższy maił być o 4., no i pogodziliśmy się z myślą o spaniu w namiocie przed dworcem. Ale nagle Dodo wpadła na genialny pomysł, że prześpimy się w cieciówce, która jarzyła tam swoje lampy. Pukając tam i pytając o nocleg usłyszeliśmy: „możecie się tu przespać, ale was tu nie chcemy”. Po pewnej chwili okazało się, iż mamy podwózkę w postaci pociągu towarowego wiozącego automobile firmy Skoda. Po wjechaniu już do Breslau, okazało się, iż nocny autobus odjechał 15 min temu, a kolejny jest za godzinę. Podczas, gdy zastanawialiśmy się nad topografią tego miasta, wyjechał zza winkla jakiś inny nocny autobus. Dodo złapała go na skrzyżowaniu i zapytała kierowcy, o której będzie na dworcu. Odpowiedział, że na to „30 po”. Nastąpiła krótka wymiana zdań, w której przekazaliśmy Panu, iż mamy pociąg o 1:22 i bardzo chcemy na niego się wyrobić, na co on powiedział, że da się zrobić, i pogrzał do miejsca nam upragnionego. Byliśmy na dworcu o 1:21, ale tam okazało się, że nasz pociąg jest opóźniony o jedyne 20 minut, co nas nie zraziło i poszliśmy na „dworzec” kupić bilety. Co się okazało w drodze na peron, Dodo nawiązała nowe znajomości, tym razem z Panami policjantami. Potem wsiedliśmy w nasz ciuchciąg i ruszyliśmy, na razie do Katowic. Tam mięliśmy przesiadkę, tak jak wielu ludzi z naszego pociągu, co z kolei spowodowało opóźnienie kolejnego składu. I w taki miły sposób wróciliśmy do cywilizacji pełni miłych wspomnień i bogatsi o 12€ .

 

Dziękuję:

 

Dodo – za miłe partnerstwo podczas wyjazdu, za te nerwy, za „zgubienie” rurek od namiotu, za to, że posiadała nadzieje, kiedy ja już ją traciłem.

Asi i Agacie – za pomoc przy dostaniu się na targi

Chiarze – za buff-a i miły czas na targach

Benjemu – za nocleg

Starszemu obywatelowi Niemiec, który miał zapewne wyrzuty za 39r.

No i „pewnej” marce, dzięki której miałem chęć zjawić się na targach.

:)

No to witam mój profil na FB

http://www.facebook.com/HubertSzczepan

postał tak jak i ten blog po to by sponsorzy mnie lubili i Wy także ;)

Pierwsze kroki

Uczę się obsługi tego ustrojstwa ażeby wam wciorać relacje z górskich wojaży